sobota, 7 stycznia 2017

Żegnaj,stary!

Niewiele ponad rok temu wraz z dźwiękiem budzika rozpoczynał się mój codzienny koszmar. Pomiędzy kolejnymi łykami wypijanej w pośpiechu kawy starałam się oszacować możliwość ucieczki z ówcześnie doświadczanej rzeczywistości, z szefem despotą na czele i pracą, której nie wiadomo kiedy stałam się niewolnikiem.
Moją odskocznią były weekendy, które mijały mi głównie na wieczornych wyjściach i porannych bólach głowy, a wspólnie z koleżankami i rosnącymi promilami prześcigałyśmy się w parafrazowaniu słów pamiętnej kampanii społecznej, której bohaterka zdążyła wyjechać do Tokio i Paryża, ale nie zdążyła zostać mamą. Z każdym kolejnym łykiem czułyśmy, że obalamy utrwalany w niej stereotyp, mówiący że posiadanie męża i dzieci jest jedyną formą szczęścia, a nasze ówczesne refleksje  oscylowały raczej wokół potencjalnych wycieczek i mieszkań, na jakie mogłybyśmy sobie pozwolić gdybyśmy nie przelewały tylu pieniędzy w pubach, aniżeli macierzyństwa.
I pewnie dzisiejszy wieczór upływałby mi w podobnej atmosferze, gdyby nie pewien splot wydarzeń, zapoczątkowanych już pod koniec 2015 roku. Dalej dość enigmatycznie, ale już coraz bliżej sedna: dzisiaj będzie o tym, że miniony rok był przełomowy w moim życiu i zupełnie inny od poprzedzających go lat, obfitujący w ważne wydarzenia i poważne decyzje, przez które moje życie przewróciło się do góry nogami a priorytety uległy przewartościowaniu. Choć nie należę raczej do osób sentymentalnych, myślę że należy mu się krótkie podsumowanie. Tak więc po kolei:



Zostałam mamą - Mamą Nieplanowaną

Nie będę Wam ściemniać - wynik testu ciążowego był dla mnie niemałym zaskoczeniem, i do tej pory nie wiem jak w tym natłoku myśli po ujrzeniu dwóch kresek udało mi się jeszcze tego samego dnia umówić wizytę u ginekologa. Z gabinetu wyszłam zalana łzami, a na pytanie lekarza, czy płaczę ze szczęścia czy z nieszczęścia zdobyłam się tylko na krótkie "nie wiem". I wtedy na serio jeszcze nie wiedziałam... .
To nie tak, że nie chciałam mieć dziecka. Po prostu powtarzana przez lata diagnoza, że bez odpowiedniego leczenia nie mam szans na zajście w ciążę utwierdziła mnie w przekonaniu, że macierzyństwo nie jest mi pisane. Zdążyłam już zapełnić to miejsce w moim życiu, w którym powinno znajdować się dziecko, więc na świadomą decyzję o podjęciu leczenia moment nigdy nie był odpowiedni, bo ta wiązała się z wielkimi zmianami i wyrzeczeniami. A ja się bardzo dobrze odnajdowałam w sytuacji, w której byłam w pełni niezależna: z dobrze płatną pracą, czasem na realizowanie swoich pasji, życiem w dużym mieście i korzystaniem ze wszystkich uciech jakie to miasto oferowało.
Po wyjściu od lekarza wpadłam w histerię i dopiero mój - wtedy jeszcze - chłopak, przekonał mnie, że to nie jest żaden koniec, a dopiero początek. On ten egzamin zdał na 6+ i takiego wsparcia życzę każdej kobiecie, która znajdzie się w podobnej sytuacji. Dzięki niemu następnego dnia obudziłam się z wielkim uśmiechem na ustach i poczuciem, że nasze życie wskoczyło wreszcie na właściwe tory, a ta pięciotygodniowa istotka, która rośnie we mnie i za którą od tamtego momentu byłam odpowiedzialna, nada naszemu życiu nowego, nieznanego dotąd sensu.
Za kilka dni nasz syn skończy 5 miesięcy i codziennie nawzajem poznajemy się, ale także uczymy od siebie nowych rzeczy. Na jakiś czas zwolniliśmy tempo: celebrujemy każdy poranek, wprowadzamy rytuały do naszego życia, cieszymy się sobą. Pewnie zabrzmi to banalnie, ale ten mały człowieczek to najcudowniejsze, co nas w życiu spotkało. I gdy wieczorami snujemy sentymentalne wycieczki do tego poprzedniego, obfitującego w imprezy i inne hece życia, nie mamy wątpliwości, że za nic w świecie nie chcielibyśmy zmienić zaistniałego przebiegu wydarzeń ;)

Zostałam żoną

Małżeństwo nigdy nie było dla mnie celem samym w sobie. Znam wiele par, które od lat wiodą szczęśliwe życie w nieformalnych związkach, i równie dużo tych, które nie wytrwały, pomimo ślubowania sobie dozgonnej miłości. Ja sama przez lata upierałam się, że nie dla mnie takie szopki. Nawet jako mała dziewczynka nie fantazjowałam o białej sukience, a podczas podwórkowych ślubów najchętniej wcielałam się w rolę tej, która zna powód dla którego małżeństwo nie powinno zostać zawarte. Religijna też nie jestem, więc wizja smażenia się w piekle wywoływała na mojej twarzy co najwyżej grymas zaciekawienia. Wesele? Byliśmy na wielu i tak dobrze bawiliśmy się jako goście, że nie chcieliśmy psuć tych wspomnień organizacją własnego. Może jestem w błędzie, ale mam wrażenie, że nie da się tego zorganizować tak, by nikt się nie obraził. Poza tym tajemnicą poliszynela jest, że każdy ma w swojej rodzinie takiego wujka, którego nie wypada nie zaprosić, a z góry wiadomo, że jak już przyjdzie to będzie siara... . My mamy takich kilku... .
Co nas zatem skłoniło do podjęcia decyzji o ślubie? Względy praktyczne. Nie mieliśmy wątpliwości, że dziecko powinno mieć oboje rodziców na co dzień, a już wtedy mąż mieszkał i pracował w Niemczech. Podjęliśmy więc decyzję, że dołączę do niego jeszcze przed porodem, abyśmy mogli przeżyć go wspólnie i być razem od pierwszych dni naszego syna. Ślub załatwiał więc sprawę mojego ubezpieczenia, jak i wiele innych formalności. Jest łatwiej, korzystniej, ale też - czego się nie spodziewałam - trochę inaczej, doroślej jakby. Choć do tej pory zdarzają mi się wpadki i łapię się na nazywaniu męża moim chłopakiem ;)
A sam ślub był taki, jak chcieliśmy: cywilny, skromny, na luzie, a z racji mojego stanu nikt nawet nie śmiał narzucać mi swoich wizji.

Zostałam emigrantką

Temat przeprowadzki za granicę przerabiałam z mężem od kilku lat i był on powodem wielu naszych panieńsko-kawalerskich konfliktów. W Polsce miałam dobrze płatną i satysfakcjonującą pracę i nie widziałam sensu w emigracji, żeby pracować za może trochę lepsze pieniądze ale poniżej swoich kompetencji. Co innego mąż: on w polskiej rzeczywistości i biurokracji nie mógł się odnaleźć, i gdy czara goryczy się przelała rzucił wszystko i obrał nowy kurs - Niemcy. Decyzja ta przypadła na mityczny, kryzysowy, siódmy rok naszego związku, i nie wiem co miało większy wpływ, ale nie obyło się bez turbulencji, które na szczęście udało nam się przetrwać. Ta przymusowa separacja dała nam też szansę trochę za sobą zatęsknić i utwierdzić w przekonaniu, że jednak nie potrafimy żyć osobno.
Przez kolejne 2 lata żyliśmy na odległość, a ja twardo obstawałam przy decyzji, że nigdzie nie wyjeżdżam. A potem ... potem to już wiecie. Czy wyjechałabym, gdyby nie dziecko? Pewnie tak, bo to nie jedyny powód dla którego podjęłam taką decyzję. Choć na pewno wpadka wszystko przyspieszyła i ułatwiła. Nie ukrywam, że czasem jest mi ciężko, z daleka od rodziny, przyjaciół i pomocy, która nieraz przy dziecku by się przydała. Staram się jednak dojrzeć w tym jakąś szansę, znaleźć pomysł na siebie, na swoje dalsze życie. Zdobyć nowe kompetencje, nauczyć się języka, rozwinąć swoje pasje. Bardzo ważną lekcję mam już za sobą: poznałam siebie, swoje granice i możliwości i wyciągnęłam z tego wnioski. I myślę, że mogę być z siebie dumna, że to wszystko udźwignęłam.

Zostałam kurą domową

Krótko po maturze przypadek sprawił, że praca znalazła mnie, i tak już zostało. Przez 11 lat mojego dorosłego życia ani jeden dzień nie upłynął mi na bezrobociu. Na początku traktowałam ją jako dodatek, żeby dorobić sobie do studiów. Wraz z upływem czasu pracowałam więcej i więcej, aż w końcu okazało się, że pracą wypełnione jest całe moje życie, nawet to po godzinach. Dużo czasu minęło nim uświadomiłam sobie, w jak toksycznym położeniu się znalazłam, a kolejnych kilka miesięcy zanim dojrzałam do decyzji, że muszę coś zmienić. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo wspomnienia dotyczące pracy wciąż przyprawiają mnie o kołatanie serca, ale najważniejsze, że w końcu odważyłam się rzucić to wszystko.
Wiadomość o ciąży spadła na mnie kilka dni po tym, jak skończyłam pracę na etacie, i kilka dni przed terminem, w którym miałam otwierać własną działalność. W tej sytuacji nie miało to sensu, musiałam wycofać się z wcześniejszych ustaleń i poszukać kompromisów. Założyłam sobie, że do końca 6 miesiąca chcę pracować, a później - adios, do niezobaczenia się, szefie niedobry! Wyjeżdżam na zachód, do lepszego świata!
Jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Mimo sugestii męża, nie chciałam rezygnować z pracy od razu na początku ciąży, zwłaszcza że czułam się dobrze i ciężko było mi po tych wszystkich latach ocierania się o pracoholizm nagle wyrzucić kalendarz i nic nie musieć. Rola kury domowej z początku mnie przerażała, bo choć nigdy nie miałam ambicji by pretendować do jakichkolwiek tytułów, to jednak bliżej mi było do tej chujowej niż do perfekcyjnej pani domu. Jednak przeprowadzka i wicie wspólnego gniazda dały mi nowego kopa. Okazało się, że motywacja do ogólnie ujętego "dbania" o dom w moim przypadku rośnie wprost proporcjonalnie do ilości czasu spędzanego w nim, i odkąd nie pracuję na etacie nie mam problemu z piętrzącymi się obowiązkami domowymi, a kuchenne eksperymenty coraz rzadziej lądują w koszu na śmieci. Wcześniej dawałam 100% siebie w pracy, teraz energię tę pożytkuję w domu, a brak służbowego uniformu i szefa socjopaty znacząco wpłynął na moją wydajność.

Skończyłam 30 lat

To akurat zwykłe dzieło przypadku, a nie żadna moja zasługa, choć gdy analizuję poprzednie punkty to wniosek, że przypadki rządzą moim życiem, nasuwa się mimowolnie... . Choć jestem zwolenniczką hasła, że mamy tyle lat na ile się czujemy, to nie zmienia to faktu, że biologii się nie oszuka i codziennie budzimy się starsi. Zmiana cyferki z przodu była dla mnie niczym przekroczenie jakiejś granicy, szczególnie w kontekście wyżej opisanych wydarzeń. Doskonale pamiętam jak spławiałam swoich znajomych gdy ci chcieli się spotkać by świętować moje 29 urodziny: nieświadoma jeszcze swojego odmiennego stanu, winę za fatalne samopoczucie zwalałam na zimowe przesilenie jednocześnie obiecując im, że za rok moją "trzydziestkę" będziemy obchodzić hucznie. Tymczasem ostatnie, trzydzieste urodziny upłynęły mi leniwie, w kameralnym towarzystwie najbliższych mi osób: męża i syna, z głową pełną nowych pomysłów oraz poczuciem ogromnego wsparcia przy ich realizacji.

A dzisiaj?

Dzisiaj budzę się spokojna a poranki upływają mi leniwie. Z każdym kolejnym dniem życia mojego dziecka również w sobie na nowo odkrywam tę dziecięcą radość. Wpadka paradoksalnie poukładała moje życie i pozwoliła na złapanie oddechu, i choć teraz moja uwaga skupia się głównie na dziecku to czas spędzony z nim staram się również wykorzystać na swój osobisty rozwój, bo choć jeszcze do końca nie wiem, co chcę robić kiedy minie mi urlop macierzyński, to wiem na pewno czego robić nie chcę, a to już całkiem sporo.

Ufff ...


Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy edytowałam ten post. Wykiełkował w mojej głowie wiele miesięcy temu i był jedną z inspiracji do założenia bloga. Miał być moim pierwszym postem, którym chciałam się z Wami przywitać, przedstawić, powiedzieć coś o sobie. Trochę czasu minęło, nim udało mi się okiełznać myśli i ubrać je w odpowiednie słowa, a przede wszystkim zdecydować, czy jestem gotowa na taki wirtualny ekshibicjonizm. I choć było już kilka okazji, przy których chciałam  go opublikować, to jednak początek nowego roku wydaje się być momentem ku temu najbardziej odpowiednim. A korzystając z okazji, że jest to mój pierwszy wpis w nowym roku, chciałabym Wam złożyć życzenia:

Życzę Wam, abyście również osiągnęli ten wewnętrzny spokój, aby otaczały Was osoby, które będą Was wspierać w każdej sytuacji, i aby uczucia Was otaczające były zawsze szczere!
Wspaniełego Nowego Roku!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz